*Oczami Laury*
(Ten sam dzień, rano)
Wstałam dzisiaj później niż zazwyczaj, o 9:00. Nie lubię długo spać. Do szkoły nie chodzę, nie stać mnie. Więc cały dzień siedzę sama w domu.
Podeszłam do szafy i wyciągnęłam ciemno zielony sweter. Był dla mnie za duży, ale w caritasie mniejszych nie mieli. Do swetra ubrałam czarne lekko podziurawione rurki, czarną bluze, oraz ubrałam glany. Z wybranymi ubraniami poszłam do malutkiej łazienki (przynajmniej jest ona w środku, a nie na dworze). Ubrałam się tam i wykonałam wszystkie poranne czynności. Gdy już skończyłam ruszyła w stronę kuchni w celu zrobienia sobie śniadania. Wyciągnęłam z niej jajko i je ugotowałam. Smakowało mi. Poszłam po mój zeszyt w którym zapisywałam wszytko co było mi potrzebne.
Od rana po głowie chodziła mi melodia do piosenki wiec podeszłam do pianina (dostałam je w wieku 7 lat, od rodziców) i zaczęłam ją grać. Zapisanie melodii zajęło mi z godzinę. Z tekstem szło mi gorzej. Po trzech godzinach nadal nic nie miałam. Zbliżyła się pora obiadu, więc postanowiłam najpierw coś zjeść, a potem dokończyć pisanie tekstu. Poszła do kuchni, jednak lodówka świeciła pustkami. ,,Czyli znowu trzeba wyjść do ludzi, po zakupy... ''- pomyślałam. Nie byłam z tego zadowolona, nie przepadam za towarzystwem innych ludzi. Nie pomogli moim rodzicom, gdy umierali w szpitalu. To dlaczego ktoś ma pomagać teraz mi? Ehhh... ludzie są mili tylko gdy czegoś od nas chcą. Z takimi myślami wyszłam z domu, uprzednio zamykając drzwi na klucz. Szłam powoli lasem rozmyślając co by się teraz działo gdyby rodzice teraz żyli. Może jadłabym naleśniki, śmiejąc i rozmawiając z nimi. Może... ale co się stało to się nie odstanie. Nawet nie zauważyłam kiedy doszłam do sklepu. Weszłam i od razu skierowałam się do działu z pieczywem. Wzięłam chleb i poszłam na nabiał. Potem kolejno poszłam jeszcze po płatki śniadaniowe, jajka, wędliny i wodę. To było już wszystko co musiałam kupić więc podeszłam do kasy. ,,Teraz przez calutki miesiąc nie musze się martwić o zakupy!'' Powitał mnie ciepły głosik kasjerki.
- Dzień doberek, kochana - szczebiotała.
- Wcale nie taki dobry... - burknęłam. W moim tonie dało się usłyszeć niechęć do dalszej rozmowy, jednak ona nie załapała.
- Jak tam dzień mija? - spytała. Popatrzyłam na nią z mordem w oczach. Chyba wreszcie załapała, bo sposciła głowę i zaczęła szybciej kasować produkty. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
- 12 dolarów i poproszę. - powiedziała zmieszana. Nic nie odpowiedziałam, tylko podałam jej pieniądze. Spakowałam zakupy do reklamówki i wyszłam ze sklepu. Chciałam jak najszybciej wrócić do domu, jednak ktoś mnie zatrzymał...
W głowie miałam same najgorsze możliwości (tak, jestem bardzo nie ufna, ale kiedy indziej o tym...). Chciał mnie gdzieś zabrać. Na początku odmówiłam, lecz gdy pokazał, że jest z wojska musiałam się zgodzić. Poszłam za nim w kierunku jego auta. Trzęsłam się cała ze strachu gdy wsiadałam. Całą drogę do, no własne nie mam zielonego pojęcia gdzie my jedziemy...
Jechaliśmy 15 minut, jednak dla mnie była to cała wieczność. Gdy samochód wreszcie się zatrzymał, nieznajomy otworzył mi drzwi niczym prawdziwy gentelman.
- Proszę za mną, pani Marano- ze stoickim spokojem powiedział. ,,Skąd on wie jak się nazywam?! Może ja też powinnam go znać...''- rozmyślałam. Jednak nadal szłam za nim. Szliśmy teraz długim korytarzem, na ścianach było pełno obrazów. Dziwnych obrazów... Przedstawiały one bowiem ludzi z głowami zwierząt. Na końcu korytarza, stały olbrzymie, drewniane drzwi. Weszliśmy nimi do wielkiego pokoju. Stało w nim biurko, dwie szafy pełne książek, flagi amerykańskie, na środku pokoju leżał dywan, a na przeciwko nas znajdowały się żelazne drzwi.
Przy biurku siedział mężczyzna. Na oko był w wieku +40 lat. Staliśmy w ciszy, lecz on postanowił ją przerwać.
- Witam, Lauro. Pewnie ciekawi Cię co tu robisz.
- Nie ukrywam, ciekawi mnie to. - powiedziałam. Nie należę do ludzi nieśmiałych. Wręcz przeciwnie.
- Twój tata pracował tu...- zaczalt mówić, jednakt mu przerwałam.
- To nie prawda! Tata pracował w fabryce. - krzyknęłam. Trochę mnie to wkurzyło. ,,To mój tata, chyba wiem gdzie pracował.''
- Lauro, Twój tata nie pracował w fabryce, tylko w wojsku. Był strategiem i dowódcą oddziału 79. Był bardzo mądry, szybki i silny. Jednym słowem mówiąc, najlepszym żołnierzem w armii. Był tajniakiem. ,, Pracował'' w fabryce tylko po to by nikt nie dowiedział się o jego prawdziwej pracy. - mówił to z takim spokojem, jakby gadał z sąsiadem.
- Dlaczego mam panu wierzyć?! - spytałam lekko podirytowana. Spojrzał na mnie i podał mi teczkę.
- Otwórz. Znajdziesz tam jego akta. Miejsce zamieszkania, rodzinę, zarobki i miejsce pracy. Krótko mówiąc całe jego życie w jednej teczce. Są to akta rządowe, więc nie mogą być zfałszowane. - powiedział, wyprzedzając moje pytanie. Przejrzałam je. ,,Rzeczywistoście, ten facet ma rację. Jak ja mogłam nie zauważyć, że mój własny ojciec pracuje w wojsku?!'' - biłam się w myślach.
- Ty jesteś jego córką. Może odziedziczyłaś po nim ponad przeciętne umiejętności. Czy możemy przeprowadzić testy z twoim udziałem? Jestem pewien, że Twój tata by tego chciał... - nie dane mu było dokończyć, bo mu przerwałam.
- Nikt nie wie co chciałby mój tata! Nikt tego nie wie... - krzyknęłam.
- Nie prawda, ja wiem. Mówił mi kiedyś, że chciałby żebyś poszła w jego ślady. Proszę zgodź się! - nalegał pan Smith (miał przypiętą plakietke z imieniem i nazwiskiem - od autora)
- Proszę dać mi się namyśleć. Jutro dam panu odpowiedź. A teraz do widzenia. - powiedziałam niepewnie. Chciałam już wyjść, lecz zatrzymał mnie.
- Lauro, poczekaj! Twój tata miał tutaj swój pokój. Może chciałabyś się tam przespać? - zaproponował. Przemyślałam to. W domu będę sama, a tutaj mam cząstkę taty.
- Zgoda. Przenocuje dzisiaj tutaj, a jutro dam pqnut odpowiedź.
-Dobrze Lauro. Dobranoc. - powiedział pan Smith. Odchodził już, ale go zatrzymałam.
- Proszę pana, mam prośbę. Czy mógłby pan jutro przynieść do taty pokoju wszystkie jego rzeczy? - spytałam z nadzieją.
- Oczywiście. A teraz idź spać, jest juzt późno. Jutro porozmawiamy. Jonathan Cię zaprowadzi- powiedział.
- Jonathanie, zaprowadzisz Laurę do pokoju pana Marano?- zwrócił się do chłopaka stojącego przy drzwiach.
- Tak jest, sir. - odpowiedział mu Jonathan i ruchem ręki pokazał mi abym wyszła z pokoju.
Całą drogę szliśmy w milczeniu. W końcu dotarliśmy do drzwi z napisem Marano. Chłopak otworzył drzwi, a ja weszłam do środka. Odebrałam od niego klucze i zamknęłam drzwi. Zmęczona szybko położyłam się spać....
_______________________________
Hejka, miśki!
Wreszcie skończyłam pisać. Nie jestem z niego za bardzo zadowolona. Ale to wy oceńcie. Rozdział trochę dłuższy od poprzedniego. Tym razem pisany oczami Lau. Mam nadzieje, że wam się podoba :*
Rozdziały będę dodawać 1-2 w tygodniu.
Kocham was! :*
P.S. Chciał bardzo podziękować za komentarze pod poprzednim rozdziałem. Kochane jesteście :*
BlueBerry
Świetny rozdział < 333
OdpowiedzUsuńNaprawdę jestem tak nakręcona na wojne.... Tak wiem, jak można się na coś takiego nakrecać XD Ciekawi mnie jeszcze bardziej jakie relacje bd po między Rossem a Laurą.
Dawaj mi tu nexta, bo sama wywołań 5 następnych wojen światowych XD
~Livv
Ciekawy blog, ładny i prosty styl pisania,fabuła także ciekawa. Na pewno bede tu zaglądać :)
OdpowiedzUsuńŚwietny pomysł na bloga. Czekam na next. Zaintrygowałaś mnie.
OdpowiedzUsuńZapraszam:
mydilemma-raura.blogspot.com
Rozdział, jak dla mnie i cudowny, i słaby jednocześnie. Historia Laury wywołała u mnie na prawdę ciepłe uczucia, bo sama kiedyś wymyślałam tysiące historii o pokrzywdzonych dziewczynkach, wychowujących się same, bo ich rodzice zgineli/mieli ją gdzieś. Takie wątki w książkach zawsze też przyjemnie mi się czytało. Ale we współczesnych realiach, taka historia jest po prostu nie logiczna. Jestem pewna, że w Stanach też mają domy dziecka i rodziny zastępcze. Władze nie pozwoliłyby 9-latce mieszkać samej (bo o żadnym opiekunie, który zajmował się Laurą do jej 18 urodzin nie było żadnej informacji). Potem kwestia pieniędzy: z czego nie pracująca Laura się utrzymywała? Pieniędzy rodziców z banku raczej nie daliby dziecku - znowu, raczej prawnemu opiekunowi na utrzymanie dziecka. Chyba, że rodzice Laury byli oryginalni i kasy nie trzymali na koncie, tylko w sejfie, czy czymś. Mogłabym jeszcze kupić, że opieka społeczna jakimś cudem nie wiedziała o osieroconej Laurze, ale ta hipoteza się wali, kiedy wkracza rząd, który wiedział o jej istnieniu oraz o śnierci jej rodziców. Tutaj dochodzimy do innego problemu - nieufna Laura nie powinna tak po prostu uwierzyć gościowi, że jest z wojska - odznake, czy co oni tam mają, można sfałszować. Tak jak dokumenty. Jaki jest dowód, że Smith mówił prawdę? Ja na jej miejscu na pewno nie zasnęłabym w jakimś obcym budynku, otoczona obcymi ludźmi.
OdpowiedzUsuńWybacz, że tak ci wytykam błędy fabularne, ale po prostu nie znoszę braku logiki w opowiadaniach. Na pocieszenie dodam, że błędy logiczne wypisuję tylko tam gdzie nie ma błędów ortograficznych i interpunkcyjnych. Przy okazji gratuluję, ostatnio coraz żadziej spotykam blogi, w których błędy nie wyżerają oczu. Co prawda specjalnie nie szukałam, ale nic mi się nie rzuciło w oczy więc jest ok. I widzę, że poprawiłaś dialogi :).
Mam nadzieję, że w następnych rozdziałach wszystko ładnie wyjaśnisz, żebym nie miała się już czego czepiać ;). A wizja Laury jako agenta-stratega jest bardzo ciekawa i można ją fajnie rozwinąć. Nie mogę się doczekać też spotkania Rossa i Laury oraz oczywiście ich wzajemnych relacji :).
Życzę weny i czekam na nexta! <3
Okay! Poprawie błędy. Lau będzie mieszkała z swoją babcia! Dziękuję bardzo za szczery komentarz, musze się uczyć na błędach!
UsuńNie wiem co napisać, rozdział bardzo mi się podobał i to by było na tyle.
OdpowiedzUsuńhttp://rauracrazystory.blogspot.com/